wtorek, 13 sierpnia 2013

Od Hei Dezhu: Śmietniki i koty



Jak to mam w swoim zwyczaju, szwendałem się po mieście by dotrzeć do "mojego" sklepu mięsnego. Nie chciało mi się teraz polować, bo w tej części jest naprawdę marnie. Pogoda była okropna. Jedna wielka burza. Samochody jeździły z dużą prędkością. Przydrożne studzienki kanalizacyjne aż wylewały wodę z ulicy, której cały czas przybywało w nadmiarze. Niebo często się błyskało, a momentami srebrzysto-błękitne błyskawice strzelały z nieba, niczym pocisk z PPSH'y <karabin>.
Chodziłem wzdłuż ulicy, kiedy to samochody opryskiwały mnie wodą, która tłoczyła się wzdłuż ulicy. Cała moja sierść była przemoczona i zabrudzona. Nie było to przyjemne doświadczenie. Robiłem to celowo, by wzbudzić emocje córki szefa całego zakładu mięsnego Gzella.
Dziewczyna nazywała się Cheryll i zawsze dawała mi jakieś mięso ze sklepu. Ma jasnobłękitne oczy w barwach szmaragdu. Jej włosy mają odcień węgla. Są całe czarne, praktycznie zawsze spięte w kitkę czy zaplecione w warkocz lub kłos, jednak w czasie pracy na je spięte w kok. Zwykle ubiera się na sportowo.
Rozglądałem się po całej miejscowości, w poszukiwaniu sklepu.  Deszcz nie ustawał, za każdym razem, gdy przejeżdżał samochód odwracałem łeb w przeciwnym kierunku by, chociaż głowę mieć czystą. Wszystko, co było w zasięgu mojego wzroku to woda, szare budynki, ludzie z parasolami potrącający mnie, co chwilę. Nie raz, nie dwa chciałem któregoś zaatakować, ale za pewne skończyłoby się hyclem.
Po długiej godzinie wędrówki, dotarłem pod sklep. Usiadłem w rogu pod parawanem, chowając się przy leżącej obok skrzyni. Czekałem aż ktoś wyjdzie lub wejdzie do sklepu mięsnego, aby wślizgnąć się do środka. Bacznie pilnowałem drzwi. Źrenice powiększyły mi się z podniecenia. Przygotowałem się do skoku. Przez szybę w drzwiach wejściowych widziałem, że ktoś zaraz będzie wychodził. Człowiek złapał za klamkę, nacisnął i pociągnął drzwi do sebie, które głośno zaskrzypiały. Automatycznie wskoczyłem do sklepu, zanim drzwi same się zamknęły. Po cichu przemieszczałem się po sklepie. Ukrywając się za różnymi gratami. Teraz musiałem czekać aż szef na chwilę się oddali. Przeszedłem pod ladą. Na moje szczęście facet wyszedł na chwilkę do kibla, załatwić sprawy. Rozejrzałem się jeszcze, czy nikogo innego tu jeszcze nie ma. Nie dobrze. Cheryll dziś nie było w sklepie. Teraz musiałem być naprawdę szybki. Ponownie przygotowałem się do skoku i wystrzeliłem w powietrze. Znalazłem się na ladzie. Jednak od razu usłyszałem zbliżające się kroki. Zwróciłem uszy w kierunku odgłosu. Szef już mnie zobaczył. Szybko załatwia te sprawy. Zaczął biec w moim kierunku. Zeskoczyłem z lady i zaczęliśmy biegać po sklepie. Przewracałem różne rzeczy, aby go zatrzymać. Raz zagapiłem się i wpadłem w ślepy zaułek. Klienci cali rozbawieni oglądali całą akcję i śmiali się przez cały ten czas. Mi nie było do śmiechu. Jeden z klientów prawie się popłakał ze śmiechu. W kozim rogu nie było kompletnie żadnej drogi ucieczki. Szef schylił się szybko by mnie złapać i wyrzucić. W obranie własnej zasyczałem i zamachnąłem się z pazurami, co przyniosło pewien efekt. Podrapałem go mocno po policzku. Sierść mi się najeżyła, burczałem i syczałem, położyłem uszy, ale potem doszło jeszcze dwóch gości i wtedy już mnie złapali. Wyrzucili mnie do śmietnika.
Szef zaczął wykrzykiwać najróżniejsze przekleństwa w moją stronę.
-Ty uważaj na słowa! – krzyczałem ze śmietnika. Jednak on słyszał jedynie miau, miau, miau. – Szkoda, że mnie nie rozumiesz, bo tam bym, co nagadał, że by ci kopara w dół opadła!
Zauważyłem wreszcie, że przestało padać. Facet zatrzasnął drzwi i więcej go dziś nie widziałem.
-Tak, tak. Dobrze robisz! – znów się odezwałem. – Idź se do tego swojego sklepu! Wypchaj się!
Otrzepałem futro z wody. Teraz było z lekka napuszone. Naprzeciwko sklepu, który znajdował się na uboczu w długiej i wąskiej ulicy, która była całkowicie otoczona budynkami stał duży apartament. Wysoko na parapecie okna siedziała dumna Ragdollka umaszczenia Seal Point. Miała błękitne oczy w kolorze bezchmurnego nieba w południe. Na szyi nosiła skurzaną, białą obróżkę z diamencikami. OMG. To moja ostatnia była. Rozstaliśmy się około tydzień temu. Zauważyła mnie w śmietniku. Nazywa się Luna. Ludzie dali jej takie imię, które mi się nie podoba.
-I jak tam życie na ulicy? – spytała złośliwie mrużąc oczy. Wstała i zaczęła przechadzać się po parapecie. – Smaczne żarcie ze śmieci? – Ona jest kotem domowym.
-A żebyś wiedziała, że mi się powodzi. – kłamałem, żeby mi nie gadała, że jakbym z nią został to miałbym dom i jedzenie o każdej porze dnia i inne tego typu wygody. – Mam nową partnerkę, bardzo wygodne mieszkanie pod willą a jedzenia mam tam od kupy. – wszystko było oczywiście kłamstwem.
-Fuj. – skrzywiła się i spojrzała na mnie z góry z odrazą. – Ja tam bym kupy nie jadła.
-Nie chodzi mi o odchody. – popatrzyłem na nią jak na idiotkę. Ale prawda jest taka, że ona jest trochę tępa. Wyszedłem ze śmieci na ziemię.
-A, co to jest? – zdziwiła się. – To jakaś rasa kota? – Ponownie usiadła w miejscu.
-O matko. – westchnąłem i również przysiadłem. – To kupa jest!
Wstałem i odszedłem z tej uliczki. Wybiegłem z niej dość szybko. Luna powędrowała za mną wzrokiem. Przechadzałem się po mieście przez kilka godzin. Momentami znów padało a innym razem nie. Po jakimś czasie wędrówki natknąłem się na trzy koty. Czarnego kota o bursztynowych oczach z białą gwiazdką na szyi, szarawo-białą kotkę z brązowymi oczami <była bardzo puszysta> i czarno-białą kotkę.
                                                      Kto zechce dokończyć? Shadow, Sheira czy Zaza?

5 komentarzy: