Jak to mam w swoim
zwyczaju, szwendałem się po mieście by dotrzeć do "mojego" sklepu
mięsnego. Nie chciało mi się teraz polować, bo w tej części jest naprawdę
marnie. Pogoda była okropna. Jedna wielka burza. Samochody jeździły z dużą
prędkością. Przydrożne studzienki kanalizacyjne aż wylewały wodę z ulicy,
której cały czas przybywało w nadmiarze. Niebo często się błyskało, a momentami
srebrzysto-błękitne błyskawice strzelały z nieba, niczym pocisk z PPSH'y
<karabin>.
Chodziłem wzdłuż
ulicy, kiedy to samochody opryskiwały mnie wodą, która tłoczyła się wzdłuż
ulicy. Cała moja sierść była przemoczona i zabrudzona. Nie było to przyjemne
doświadczenie. Robiłem to celowo, by wzbudzić emocje córki szefa całego zakładu
mięsnego Gzella.
Dziewczyna nazywała
się Cheryll i zawsze dawała mi jakieś mięso ze sklepu. Ma jasnobłękitne oczy w
barwach szmaragdu. Jej włosy mają odcień węgla. Są całe czarne, praktycznie
zawsze spięte w kitkę czy zaplecione w warkocz lub kłos, jednak w czasie pracy
na je spięte w kok. Zwykle ubiera się na sportowo.
Rozglądałem się po
całej miejscowości, w poszukiwaniu sklepu.
Deszcz nie ustawał, za każdym razem, gdy przejeżdżał samochód odwracałem
łeb w przeciwnym kierunku by, chociaż głowę mieć czystą. Wszystko, co było w
zasięgu mojego wzroku to woda, szare budynki, ludzie z parasolami potrącający
mnie, co chwilę. Nie raz, nie dwa chciałem któregoś zaatakować, ale za pewne
skończyłoby się hyclem.
Po długiej godzinie
wędrówki, dotarłem pod sklep. Usiadłem w rogu pod parawanem, chowając się przy
leżącej obok skrzyni. Czekałem aż ktoś wyjdzie lub wejdzie do sklepu mięsnego,
aby wślizgnąć się do środka. Bacznie pilnowałem drzwi. Źrenice powiększyły mi
się z podniecenia. Przygotowałem się do skoku. Przez szybę w drzwiach
wejściowych widziałem, że ktoś zaraz będzie wychodził. Człowiek złapał za
klamkę, nacisnął i pociągnął drzwi do sebie, które głośno zaskrzypiały. Automatycznie
wskoczyłem do sklepu, zanim drzwi same się zamknęły. Po cichu przemieszczałem
się po sklepie. Ukrywając się za różnymi gratami. Teraz musiałem czekać aż szef
na chwilę się oddali. Przeszedłem pod ladą. Na moje szczęście facet wyszedł na
chwilkę do kibla, załatwić sprawy. Rozejrzałem się jeszcze, czy nikogo innego
tu jeszcze nie ma. Nie dobrze. Cheryll dziś nie było w sklepie. Teraz musiałem
być naprawdę szybki. Ponownie przygotowałem się do skoku i wystrzeliłem w powietrze.
Znalazłem się na ladzie. Jednak od razu usłyszałem zbliżające się kroki.
Zwróciłem uszy w kierunku odgłosu. Szef już mnie zobaczył. Szybko załatwia te
sprawy. Zaczął biec w moim kierunku. Zeskoczyłem z lady i zaczęliśmy biegać po
sklepie. Przewracałem różne rzeczy, aby go zatrzymać. Raz zagapiłem się i
wpadłem w ślepy zaułek. Klienci cali rozbawieni oglądali całą akcję i śmiali
się przez cały ten czas. Mi nie było do śmiechu. Jeden z klientów prawie się
popłakał ze śmiechu. W kozim rogu nie było kompletnie żadnej drogi ucieczki.
Szef schylił się szybko by mnie złapać i wyrzucić. W obranie własnej zasyczałem
i zamachnąłem się z pazurami, co przyniosło pewien efekt. Podrapałem go mocno
po policzku. Sierść mi się najeżyła, burczałem i syczałem, położyłem uszy, ale
potem doszło jeszcze dwóch gości i wtedy już mnie złapali. Wyrzucili mnie do
śmietnika.
Szef zaczął
wykrzykiwać najróżniejsze przekleństwa w moją stronę.
-Ty uważaj na słowa! –
krzyczałem ze śmietnika. Jednak on słyszał jedynie miau, miau, miau. – Szkoda,
że mnie nie rozumiesz, bo tam bym, co nagadał, że by ci kopara w dół opadła!
Zauważyłem wreszcie,
że przestało padać. Facet zatrzasnął drzwi i więcej go dziś nie widziałem.
-Tak, tak. Dobrze
robisz! – znów się odezwałem. – Idź se do tego swojego sklepu! Wypchaj się!
Otrzepałem futro z
wody. Teraz było z lekka napuszone. Naprzeciwko sklepu, który znajdował się na
uboczu w długiej i wąskiej ulicy, która była całkowicie otoczona budynkami stał
duży apartament. Wysoko na parapecie okna siedziała dumna Ragdollka umaszczenia
Seal Point. Miała błękitne oczy w kolorze bezchmurnego nieba w południe. Na
szyi nosiła skurzaną, białą obróżkę z diamencikami. OMG. To moja ostatnia była.
Rozstaliśmy się około tydzień temu. Zauważyła mnie w śmietniku. Nazywa się Luna.
Ludzie dali jej takie imię, które mi się nie podoba.
-I jak tam życie na
ulicy? – spytała złośliwie mrużąc oczy. Wstała i zaczęła przechadzać się po
parapecie. – Smaczne żarcie ze śmieci? – Ona jest kotem domowym.
-A żebyś wiedziała, że
mi się powodzi. – kłamałem, żeby mi nie gadała, że jakbym z nią został to
miałbym dom i jedzenie o każdej porze dnia i inne tego typu wygody. – Mam nową
partnerkę, bardzo wygodne mieszkanie pod willą a jedzenia mam tam od kupy. –
wszystko było oczywiście kłamstwem.
-Fuj. – skrzywiła się
i spojrzała na mnie z góry z odrazą. – Ja tam bym kupy nie jadła.
-Nie chodzi mi o
odchody. – popatrzyłem na nią jak na idiotkę. Ale prawda jest taka, że ona jest
trochę tępa. Wyszedłem ze śmieci na ziemię.
-A, co to jest? –
zdziwiła się. – To jakaś rasa kota? – Ponownie usiadła w miejscu.
-O matko. –
westchnąłem i również przysiadłem. – To kupa jest!
Wstałem i odszedłem z
tej uliczki. Wybiegłem z niej dość szybko. Luna powędrowała za mną wzrokiem.
Przechadzałem się po mieście przez kilka godzin. Momentami znów padało a innym
razem nie. Po jakimś czasie wędrówki natknąłem się na trzy koty. Czarnego kota
o bursztynowych oczach z białą gwiazdką na szyi, szarawo-białą kotkę z
brązowymi oczami <była bardzo puszysta> i czarno-białą kotkę.
Kto
zechce dokończyć? Shadow, Sheira czy Zaza?
LOl każdy pisze: xD
OdpowiedzUsuńSheira
Że mam TTTYYYLLEE futra hahah
OdpowiedzUsuńNo bo masz XD
UsuńHei
Ja tam się staram, codziennie pisqać, ale wczoraj mi nie wyszło >:(
OdpowiedzUsuńlol <o<
OdpowiedzUsuń